aby tradycji stało się zadość także podczas obecnego pobytu w Polsce złapałyśmy jakieś paskudztwo. A konkretnie to przywlekła nam je Zosia, córka mojej koleżanki ze studiów. Przyjechały do nas w zeszłą sobotę, rano przed wyjazdem wszystko było ok a po wyjściu z samochodu i przekroczeniu progu mojego rodzinnego domu - pstryk! Zosi lecą gile, ma temperaturę i jest nieswoja... U nas zaczęło się w poniedziałek - Julka obudziła się z południowej drzemki z temperaturą, mnie zaczęło boleć gardło, potem było już tylko gorzej. Apogeum nastąpiło w środę - Jula się obudziła z temperaturą 39.6 stopni. Po śniadaniu dostała Nurofen i zasnęła, w ogóle praktycznie cały czas spała albo patrzyła w sufit takim zamulonym wzrokiem. O 15 mierzę znowu temperaturę (już po kolejnej dawce Nurofenu i po czopku Eferalganu) a tam na termometrze 39.8 :O W tym momencie poleciałam do łazienki i napuściłam do wanny chłodnej wody i zawlekłam Julkę do kąpieli. Niezbyt jej się to podobało ale wytrzymała ok 10 minut. Zaraz po takim zbijaniu temperatury gorączka spadła o 10 kresek a dupsko jej troszkę odżyło tzn. nie leżała plackiem ale usiadła i zaczęła malować kredkami. Wieczorem temperatura jeszcze spadła do 37.8 i wydawało się, że już już jest dobrze, już zdrowieje i niedługo na spacer pójdziemy ale dzisiaj znowu obudziła się z gorączką ponad 38 stopni, gile z nosa lecą po sam pas. Ja dostałam antybiotyk, dzisiaj się już czuję naprawdę dobrze ale dostaję kociokwiku od tego siedzenia w domu. Jak jutro nie wyjdę z domu choć na chwilę to nie ręczę za siebie, od wtorku siedzimy na tyłkach i wycieramy nosy, kaszlemy, podajemy syropy a potem znowu wycieramy nosy, kaszlemy, podajemy syropy... no ileż można??
a może babcia się nad nami zlituje i posiedzi z wnuczką w domu a ja skoczę na jakiś mały shopping do sąsiedniego miasta? co by nie zwariować...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz