czwartek, 28 kwietnia 2011

przesyłka od Kasi + poświąteczny update

Dostałam wczoraj paczuszkę od Kasi :D
obiecała mi aniołki i mam :)))
są cudowne i prześlicze!

Kasiu ogromnie Ci dziękuję - za pracę, za włożone serce w te figurki, że Ci się chciało i w ogóle.
Julka od razu wypatrzyła na tym małym, że "on ma takie same walkocyki jak ja" ale i tak zabierała mi mojego fioletowego, bo jest większy. Małemu urwało się skrzydło w transporcie ale zaraz po otrzymaniu przesyłki  pojechałyśmy do miasta w celu zakupienia Super Glue tak więc mały anioł jest już po reanimacji ;)
Ja nie wiem Kasiula, jak ty wylepiasz te aniołki, nawet jakbym chciała to nie potrafię, patrząc na te cuda, ulepić chociaż w 1/10 tak coś pięknego jak Ty.
I wcale nie są za jaskrawe - ten mały ma taki kolor bluzki jak mój lakier do paznokci i wcale go nie uważam za jakiś "oczowalący" kolor :] A duży się pięknie uśmiecha - może jak tak będę patrzeć na niego to mi się udzieli ;)
Julia bardzo ucieszyła się małych czekoladek i tych "patycków", które od razu zjadła ;) a ja dzisiaj do kawy miałam to słodkie Wedlowskie coś - pycha :D

oto co dostałyśmy :)


Anioły

Julka zajądająca "tego patycka"

Do paczki dołączony był też ręcznie napisany list - świetnie się czyta coś, co w dzisiejszych czasach jest już niemal przeżytkiem ;)
Kasiula, dziękuję raz jeszcze :*** jesteś kochana <3

Święta zleciały szybko i spokojnie - nie licząc nas, usmarkanych po pas. Julia wyzdrowiała, my nadal walczymy. W sumie jest już ok, gdyby nie te moje zatoki - codziennie około południa mam wrażenie, że mi zaraz pęknie głowa i bez Nurofenu Forte nie funkconuję. DO tego boli mnie nos od ciągłego smarkania, a smarowanie bolącego miejsca niewiele pomaga :/ jakoś to będzie, nie?

Dziecku bardzo podobało się malowanie jajek - szkoda tylko, że przez krótką chwilę i resztę dokończyć musieliśmy my... a cały tydzień gadała "czy możemy już pomalować jajka?"

w pełnym skupieniu ;)


A ja się jak zwykle wyżyłam w kuchni :P
zrobiłam tartę serową wg przepisu Dwóch Chochelek, która po upieczeniu i polaniu sosem malinowym prezentowała się tak:

a ja po zjedzeniu takiego kawałka wyglądałam tak ;)
oprócz tego był jeszcze zwykły sernik z polewą czekoladową, ciasto capuccino i inne pyszności ;)
Nie pytajcie ile przytyłam, po świętach boję się wejść na wagę :o
a jest się czego bać, oj jest... :/

czwartek, 21 kwietnia 2011

sniffff...

Mamy piękną wiosnę, słońce, temperatura około 20 stopni (czasem więcej) i wszystko byłoby super, gdyby nie to, że cała nasza rodzina jest usmarkana po pas :/ gile oczywiście w uroczym, wiosennym kolorze... beee :/ dobrze, że nie ma przy tym gorączki, bo pewnie bym przestała funkcjonować.
www.nataliedee.com 
Ale żyć trzeba, załatwiać sprawy też ktoś musi, prawda?
Przedwczoraj pojechałyśmy do centrum, chodzimy powoli - mniej więcej w tempie roczniaka, bo noga jeszcze boli, ale chodzimy ;) i to jest najważniejsze :)
Nieważne, że gil po pas, że kaszel taki, że płuca wyrywa... "Mamoooo, ja chcę loda! Mamo, zobacz, tam jest pan z lodami!"
A że ja się czuję prawdopodobniej kilka razy gorzej od dziecka to nie oponuję za bardzo - niech ma, może pomoże...
 Lody są obowiązkowe kiedy wychodzimy z przedszkola do domu. Swoją drogą to ten dziadek wie, gdzie się ustawić tym lodowym vanem, żeby mieć zarobek... i za każdym razem słyszę to samo "O, mamo, zobacz, jest autko z lodami!" Na szczęście po przedszkolu Julia jest tak zmęczona, że mimo lodów obiad i tak zjada ;)

A potem jeszcze zobaczyła karuzelę - no to już był istny szał ciał - mimo  kuśtykania przyśpieszyła tempo tak, jakby zaraz jej ta karuzela miała odfrunąć :] tak więc jestem dobrej myśli, że niedługo to utykanie już całkowicie przejdzie i w końcu nasze spacery nabiorą tempa :)

No i to by było na tyle ;)
Muszę poprzestwiać u Julki w pokoju jej graty, bo dzisiaj na noc zostaje u nas 9-miesięczny syn koleżanki :) Julia na razie jest zadowolona, że będzie miała nowe towarzystwo - zobaczymy czy tak samo będzie zadowolona jak mały nie będzie mógł spać albo zrobi nocną pobudkę ;) bo, że takową zrobi jestem przekonana :) Mały zostaje narazie na jedną noc, kolejne w przyszłym tygodniu :)

                            HAPPY EASTER EVERYONE! :o)

P.S.My jeszcze nawet nie mamy koszyczka :/ ale jutro całą rodziną jedziemy na zakupy zaopatrzyć się w niezbędne rzeczy ;)

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

powolutku chodzimy ;)

ufff... na szczęście z julkową nogą jest coraz lepiej. W czwartek pojechałyśmy do lekarza, ten dał nam skierowanie na rentgen, prześwietlenie "nie wykazało nic niepokojącego". Swoją drogą ten cały rentgen mało nie doprowadził mnie do furii :/ radiolodzy zrobili ze dwa zdjęcia, pooglądali, podumali i mówią mi, że nie ma się co martwić... to ja się pytam, czy to oznacza, że noga NIE jest złamana a oni mi na to, że nie mogą stwierdzić, czy noga jest złamana czy nie, bo oni lekarzami nie są i nie mogą postawić diagnozy :o i żebym ZA TYDZIEŃ zadzwoniła do przychodzni i umówiła się z lekarzem rodzinnym :o no ręce mi opadły... czyli co? jakby noga była złamana to byśmy miały jeszcze czakać tydzień na założenie gipsu? mam nadzieję, że nie, że potrafiliby stwierdzić złamanie i wysłali by nas po prześwietleniu do lekarza na A&E. Uch... jednak pani radiolożce chyba zrobiło się nas żal kiedy patrzyła jak ubieram Julkę i ona przy każdym najmniejszym ruchu nogą krzyczała z bólu, że powiedziała, że ona sama pójdzie ze zdjęciem do lekarza z oddziału nagłych przypadków i zapyta się czy noga nie jest napewno złamana. No i i nie jest ;)

wczoraj pannę Juliannę wyciągnełam do sklepu - zajęło nam to co prawda dwa razy więcej czasu ale cóż - trzeba trochę się rozruszać, bo przez ostatni tydzień głównie siedziała na fotelu/kanapie/krześle. Przez ostatnie dwa czy trzy dni przypomniałam sobie jak to mieć raczkujące dziecko w domu...  i chyba zdecydowanie wolę mnieć "chodzącą wersję" dziecka w domu ;)

ach, zapomniałam wspomnieć - w międzyczasie przychodził do nas kot z sąsiedztwa i Julia jak usłyszała, że kot jej pomoże nogę wyleczyć, łaskawie pozwoliła mu na sobie poleżeć :D


i jeszcze sama mówiła, żeby jej zdjęcie zrobić ;)


P.S. to całe zamieszanie przy rentganie sprawiło, że zaczynam się zastanawiać nad napisaniem posta o najbardziej absurdalnych, śmiesznych i wkurzających mnie rzeczach w UK :]

środa, 13 kwietnia 2011

przedszkolne przypadki

Od poniedziałku siedzimy sobie w domu - siedzimy, bo Julka tak skoczyła w przedszkolu, że nie może chodzić :/ a tyle razy mówiłam: "nie skacz, bo zrobisz sobie krzywdę" no i wyszło w końcu. W poniedziałek jak ją odbieraliśmy razem ze Sławkiem to pani nas przywitała z karteczką Accident Report i nerwowo zaczęła wyjaśniać co się stało... że Julia skoczyła z drewnianego klocka, że uderzyła się w nogę, że w zasadzie nic jej nie jest ale Julia jest "quite distressed" (po tych słowach już wiedziałam, że będzie mega ryk) i że noga nie jest złamana, zrobili jej zimny kompres i musi odpocząć, że noga raczej nie jest skręcona, bo stopa uderzyła płasko o podłoże ale żeby ją poobserwować. Bidula nie miała siły nawet pokuśtykać do nas, płakała i stała czekając aż się ją stamtąd zabierze :(
No i tak ją obserwujemy już trzeci dzień, poprawa znikoma... Jutro muszę zadzowonić do przychodni i umówić ją na emergency appointment, bo zwykłych już nie ma w tym tygodniu. Tak odwlekaliśmy tego lekarza, bo ani nie widać jakiegoś siniaka, no czuć, że tkanki na piszczeli są opuchnięte, ale gołym okiem nie widać opuchlizny więc mieliśmy nadzieję, że jej przejdzie. Ale nie przechodzi. Acha, dzisiaj rano się skarżyła,m że ją kostka boli a wcześniej tylko mówiła, że piszczel :/

Tak więc Julka cały boży dzień siedzi i ogląda bajki :| albo gra na moim telefonie :| do toalety muszę ją zanieść, z pokoju do pokoju trzeba ją zanieść - no czasem szoruje dupskiem po podłodze trzymając lewą nogę w górze ale już na łóżko sama nie wejdzie, bo krzyczy, że je boli i że trzeba jej pomóc.


A dzisiaj w przedszkolu mieli Easter Egg Hunt - tak na to czekała, ja zresztą też, bo bym zobaczyła jak wygląda ta brytyjska tradycja wielkanocna a tu d**a, siedzimy w domu i się kisimy :/

niedziela, 3 kwietnia 2011

spadam

zawsze jak myślę, że już jest lepiej, to bach - życie daje mi kopa i pokazuje, jak bardzo się myliłam. Tylko, że ja już nie mam siły na to kopanie, odpadam...

dodatkowo dzisiaj usłyszałam, że może lepiej by było, gdybym pojechała do Polski. Na moje stwierdzenie: "Miałbyś święty spokój, co?" usłyszałam, że tak, bo nie daję żadnego wsparcia.

a jak ja mam z taką rozwaloną psychiką dawać wsparcie? no jak? a takie słowa sprawiają, że jeszcze bardziej zapadam się w sobie :(

cudowne zakończenie jakże cudownej niedzieli...
czasami mam ochotę zasnąć i więcej się nie obudzić...

P.S. słowa Kasi Nosowskiej nabierają nowego znaczenia...

tak, nijak...

dzisiaj jest w UK Dzień Matki. Jak go spędziłam?

Podałam rano śniadanie, pozmywałam, zmieniłam pościel, wstawiłam pranie [spacer po parku jako miły przerywnik], podałam obiad, zrobiłam sobie sama super kawę, wyprasowałam stertę ciuchów, powiesiłam wyprane rzeczy, przyszyłam wieszaczek do kurtki, zrobiłam kanapki do pracy [nie swojej, skądże, przecież jej ciągle nie mam], posprzątałam w kuchni, pozamiatałam, umyłam podłogę a na koniec się poryczałam ;(

jaka matka, takie jej święto, czyż nie...?