We all fall to the floor at some point. It's how you pick yourself up. That's the real challenge. Isn't it?
poniedziałek, 21 maja 2012
bo tak.
Nie było mnie tu prawie pół roku... co się dzieje? pracuję, próbuję wyrobić się ze wszystkim na czas co nadal średnio się udaje. Nie ogarnęłam się do tej pory a pracuję już rok! tak, dzisiaj mija rok, odkąd zaczęłam znowu pracować. Rok zmian, zmian wokół mnie, zmian we mnie. Pójście do pracy i trafienie akurat na tych ludzi a nie innych było chyba jedną z lepszych rzeczy jakie mi się przytrafiły. Nie to, żeby zaraz wszyscy byli idealni i w ogóle "do rany przyłóż", bo za dobrze by było, nie? ;) ale generalnie lubię ludzi, lubię to, co robię, lubię tu przychodzić i oderwać się od szarej rzeczywistości. Jak zdołowana czy zła nie przyszłabym do pracy, to zawsze, ale to zawsze po kilku godzinach zaczynam się śmiać, czasami aż do łez, bo mając taką ekipę nie da się ciągle smucić. Nie wyobrażam sobie teraz nie pracować, podobnie jak nie wyobrażam sobie zajść w kolejną ciążę i znów czekać na dziecko. Nie, nie i jeszcze raz nie. Nie chcę nawet o tym myśleć.
Nie zrozumncie mnie źle, nie mam nic przeciwko matkom poświęcającym się na rzecz rodziny, wręcz przeciwnie - uważam że one wykonują od mnie 100x cięższą pracę, bo może i ja się naganiam po Uniparcie, ale one słuchają wrzasków, płaczu i żądań przez cały boży dzień i mnie by takie życie dobiło.
Żeby nie było tak wesoło i tak dobrze, jak Wam się wydaje to... moje życie uczuciowe jakby dogasa. Jesteśmy razem ale obok siebie. Nie potrafię rozmawiać o tym co mnie boli, zresztą to widać na blogu - jak mam zmartwienia to się ulatniam nawet z tej strefy. Nie wiem co się ze mną dzieje, nie wiem jak to wytłumaczyć... nie potrafię rozmawiać, zamykam się szczelnie w swojej skorupie i NIKT nie ma tak wejścia, nikt... powinnam dać upust emocjom a jakoś ... nie chce mi się... nie chcę rozmaiwać, nie chcę krzyczeć... czasem zapłaczę a rano zrobię perfekcyjny makijaż, pójdę do pracy i na kilka godzin zapomnę. I tak nam się życie toczy od jakiś 2 lat... czasem jest gorzej, czasem lepiej, najczęściej jednak neutralnie, nijak... gdzieś po drodze straciliśmy siebie i tylko ten spędzony ze sobą czas i dziecko trzyma nas przy sobie.
Jak długo jeszcze?
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Zastanawiałam się co się z Tobą dzieje...
OdpowiedzUsuńKiepsko, że tak się układa :( Może jakieś wakacje we dwoje by pomogły?
ściskam...
Gosiu dobrze wiedzieć, że jesteś szczęśliwa w pracy, no i że decyzja o jej szukaniu była tą właściwą.
OdpowiedzUsuńPrzykro mi jednak, że taki chłód nadal panuje w Twoich prywatnych relacjach :( Mogę być jakoś pomocna??
hmm niw wiem dokładnie gdzie pracujesz,po ile godzin
OdpowiedzUsuńi ile czasu macie dla siebie.........
Z własnego doświadczenia wiem co przeżywasz bo miałam podobnie
u mnie trwało to 4 lata.
Przez 4 lata pracowałam głównie na nocną zmianę - przychodziłam po 6 rano kładłam się spać on wstawał
budziłam się koło 13 na siłę ,żeby zrobić obiad i zachować resztki normalności , normalnego domu - po obiedzie znowu się kładłam na 1-2 godziny ( praca po nocach to odrębny temat - człowiek jest wykończony,wycieńczony funkcjonuje jak zombi) wstawałam o 15 lub 16 szykowałam się do pracy, wychodziłam.
Powiem tyle - czułam się w domu jak gość hotelowy, czułam jakbym mieszkała z obcą osobą nie partnerem nigdy nie czułam się tak samotna jak wtedy..... w moim przypadku wszystko uległo zmianie kiedy się w końcu zwolniłam z tej pracy.
Mniej więcej po 2 miesiącach wszystko wskoczyło na odpowiednie tory, stalismy się sobie bliźsi i na nowo się polubiliśmy .... najsmutniejsze w tym wszystkim co napisałaś to fakt,że ze sobą nie rozmawiacie !! wielki błąd ponieważ takie mysli nigdy niewypowiedziane są jak kula śniegowa - póki jest mała ,to nawet nie poczujesz uderzenia z czasem
robi sie ogromna i przygniata cię tak bardzo,że nie masz sił oddychać
Lukrecja