sobota, 23 stycznia 2010

.niemoc.

Taka niemoc mnie "ogarła" że coś strasznego :(

nic mi się nie chce ...
nie potrafię wcześniej wstać z łóżka by poćwiczyć ...
nie potrafię wstać z uśmiechem ...
nie potrafię przestać się martwić ...

dzień się za szybko kończy, do tego jest szaro, buro i ponuro...

po prostu przygnębiająco...

potrzebuję jakiejś inspiracji, "iskry"... czegoś co da mi zapał do życia...

skąd to wziąć???

sobota, 9 stycznia 2010

mała rzecz a tak cieszy...

Dostałam wczoraj przemiłego maila. Napisała do mnie Julita, dziewczyna, którą "poznałam" dobrych kilka lat temu grając on-line na kurniku. Wysłałam jej i mężowi kartę na Święta, dostała ją akurat w dniu Wigilii, napisała mi smsa (który nie doszedł, bo dawno już zmieniłam numer) więc spróbowała maila, z nadzieją, że jeszcze go używam. Zrobiło mi się tak cholernie miło i przyjemnie, że się odezwała, że podziękowała, że pyta co u nas słychać. Uśmiech miałam od ucha do ucha czytając tą wiadomość. Jakby nie patrzeć, obca osoba zadaje sobie trud odnalezienia mnie w jakiś sposób tylko po to by powiedzieć "dziękuję".
Ogromnie dziękuję Ci Julitko za tą wiadomość - jest ona dla mnie ogromnie ważna :)

A mój brat, moja chrzestna, moja najbliższa przyjaciółka i kilkanaście innych osób się na to nie zdobyli... i to jest zajebiście przykre! Osoby, które mają do mnie adres mailowy, aktualny numer telefonu, skypa etc. nie znaleźli chwili czasu by chociaż napisać jedno zdanie. Czy naprawdę jesteśmy aż tak zabiegani, że brak nam minuty czasu by wystukać na telefonie sms "Dziękuję za kartkę, my Wam też życzymy Wesołych Świąt!" a może po prostu nie jesteśmy aż tak ważni, żeby poświęcili od siebie 50groszy, krótką chwilę czasu i kilka myśli w naszym kierunku...?

czwartek, 7 stycznia 2010

zasypało nas śniegiem...

... i zrobiło się trochę tak jak w Polsce :)
temepratura na miniusie oznacza, że biała śniegowa kołderka, która pokryła ten kraj nie zamieni się od razu w szarą, ohydną pluchą
Julka zdziwiona trochę tym śniegiem ale cieszy się, że jej pod nogami coś skrzypi

w UK od 30 lat nie mieli takiej zimy, szkoły pozamykali na dzień czy dwa, żeby dzieci nie trudzić dojściem do szkoły - taki kraj ;) biedne te dzieci, śnieg do kostek a one jeszcze do szkoły musiałyby iść...

kierowcy tutaj kompletnie tracą głową przy takiej pogodzie - po prostu nikt ich nigdy nie uczył prowadzić pojazdów po śniegu czy oblodzonej drodze, nie mieli kiedy nabrać praktyki, bo tutaj zimą zazwyczaj  jest temperatura na plusie a w tym roku... w zeszłym już przez kilka dni był śnieg, ale nie to co teraz... Sławek ostatnio do pracy nie mógł dojechać, drogi zakorkowane więc wrócił i próbował podjechać pod górę przy naszym domy (nasza ulica ma dość duży spadek terenu) no i nie dał rady a jest naprawdę dobrym kierowcą... zostawił samochód dwie uliczki dalej i poszedł do pracy na nogach...

Cieszę się, że mamy wreszcie jakąś namiastkę prawdziwej zimy ale Sławek ma lecieć do Polski 18 stycznia - pytanie czy poleci? czy nie odwołają mu lotu...?

niedziela, 3 stycznia 2010

it's New Year - it's time to make a fresh start!

tak... myślę i myślę...
od 3 dni myślę co chcę w sobie zmienić, planuję, przemyślam, ustalam harmonogram i narazie tyle przyszło mi do głowy:

1. przede wszystkim biorę się porządnie za moje liczenie punktów. Przyznaję się bez bicia, po wyjeździe do Polski we wrześniu odpuściłam trochę. No dobra, sporo odpuściłam. Niby myślałam o tym co jem i ile to ma punktów a tak naprawdę nie zapisywałam tego więc bardziej tą swoją wypracowaną do tej pory wagę utrzymywałam w stanie nie zmienionym niż dążyłam do jej zbicia.
Teraz mam nowy cel - do 8 kwietnia MUSZĘ osiągnąć zamierzone 58kg. Mam na to 14 tygodni od początku tego roku wiec cel jest realny - przy skrupulatnym zapisywaniu wszystkiego co zjem i przy ćwiczeniach jak najbardziej osiagalny. Tyle kg już mi się udało zrzucić, już mniej niż więcej zostało, trzeba wziać się za siebie i bez oszukiwania, podjadania, różnorakich wykrętów ("och, kilka żelków nie zaszkodzi", "parę słonych paluszków nie ma punktów przecież", "nie mam opakowania od tej czekolady więc nie mam jej jak spunktować") ostro wziąć się do roboty czyli:
* nie przekraczać 18 punktów dziennie
* ćwiczyć 3-4 razy w tygodniu

2. Wyznanie dnia: JESTEM ŚPIOCHEM... wszyscy jesteśmy... ja, Sławek, Julka ale nasze śpiochowanie przechodzi ludzkie pojęcie. Niedawno się śmiałam, że na drzwiach powinniśmy mieć tabliczkę "rodzina śpiochów, nie pukać przed 11:00. Chodzimy spać po północy, grubo po północy, śpimy prawie do południa, dzień ucieka nie wiadomo kiedy.
Zmieniam to: wstaję wcześniej, ćwiczę, ogarniam się, przygotowuję śniadanie, budzę Julkę i zaczynamy wspólny dzień. Albo: wstaję, ogarniam się, przygotowuję śniadanie, budzę Julkę. Ćwiczę, kiedy Jula ma popołudniową drzemkę.

3. Nie kupuję nowych kosmetyków! (oj... ciężko z tym bedzie)
Kto mnie zna, ten wie, że moje półki uginają się od różnego rodzaju mazideł, perfum a w szczególności od błyszczyków, pomadek i lakierów do paznokci. Szminki i błyszczyki to moja absolutna słabość. Kiedyś je trzymałam w pudełeczku po Ferrero Rocher, kiedy zabrakło im miejsca, przełożyłam je do kosmetyczki, w końcu i w niej zabrakło miejsca i teraz mój zbiór trzymam w pudełku po Julki butach O_o mam nadzieję, że nie będę go musiała niedługo wymieniać na pudło po moich butach...

Policzyłam i sprawa ma się tak:
* szminki: sztuk 12
* błyszczyki: sztuk 22! (przy czym naocznie stwierdziłam, że kilku brakuje, pewnie poniewierają sie w jakiejś torbie więc spokojnie do 25 bym doliczyła...)
* podkłady: sztuk 6 z czego tylko jeden ma idealnie dobrany odcień, reszta czeka na lato albo na przeterminowanie...
* cienie do oczu: 28 pudełeczek (oł dir gad...) nie liczę osobnych odcieni, bo bym do wieczora nie doliczyła :O
* tusze do rzęs: 5sztuk (1 w użyciu, 1 do zwrotu, inne w poczekalni)
* lakiery do paznokci: 42 sztuki (mammamia!) kolorowych tylko 34, reszta to odżywki, utwardzacze etc. 

NIE KUPIĘ nowej rzeczy dopóki nie pozbędę się czegoś ze starej kolekcji :P

4. Nie przeklinam, jestem bardziej cierpliwa, częściej sie uśmiecham i nie narzekam bez powodu! O!

Jak postanowiła tak zrobiła
:)

piątek, 1 stycznia 2010

poświątecznie - noworocznie...

Czas odkurzyć blog, wziąć się za siebie i za niego, wypisać wszystkie postanowienia i... trzymać się ich.

Kochane, w Nowym Roku życzę sobie i Wam samych zmian!
zmian tylko na lepsze!

zdrowia, zdrowia i jeszcze raz zdrowia - dla Was, dla Waszych dzieci i dla Waszych bliskich - bo ono jest najważniejsze.

spełnienia wszelkich marzeń, bo czymże by było nasze życie bez nich?

Wszystkiego dobrego! :*

poniedziałek, 7 grudnia 2009

wróciłyśmy

jesteśmy już wzyscy razem
cieszyłam się strasznie na ten powrót, nie mogłam się doczekać a jednak cieżko mi było rozstać się z mamą na lotnisku... jak nigdy... zazwyczaj po 2 tygodniach jestem już tak zmęczona siedzeniem w rodzinnym domu, że z ulgą wracam tutaj a teraz było inaczej - byłam taka rozdarta wewnętrznie - z jednej strony chciałam być już tu, z moją drugą połową a z drugiej strony przykro mi było zostawiać mamę... starzeję się czy jak...?

Julka już prawie zdrowa - prawie, bo jednak lecą jej trochę gile z nosa i ma suchy kaszel - z każdym dniem mniej ale jednak. Za to po tej chorobie zaczęła gadać jak nakręcona :) powtarza wszystko co usłyszy :) WRESZCIE! ma problem ze słowami trójsylabowymi ale dwusylabowe dobrze jej idą. Jak czegoś nie może powtórzyć to najczęściej nawet nie próbuje tego "przerabiać" na swój język tylko daje sobie póki co spokój - tak jakby nie pozwalała sobie na margines błędu. A jak coś powie sama to zaraz patrzy na naszą reakcję - pochwalimy czy nie? zgadniemy o co jej chodzi czy nie? i bije sobie sama brawo :D

najbardziej lubię takie teksty:
Ja (kiedy mnie Julka czymś mocno wkurza): - Julka, a w dupę chcesz dostać?!
Julka (spokojnie): - Nie, nieee :)

albo kiedy coś od niej chce i proszę ją już setny raz i mówię w końcu poddenerwowanym głosem: - JULKA! a ona spokojnie się pyta: - Cioooo???

fajnie mieć taką małą gadułę w domu :)))


sobota, 28 listopada 2009

chora Julia, chora ja...

aby tradycji stało się zadość także podczas obecnego pobytu w Polsce złapałyśmy jakieś paskudztwo. A konkretnie to przywlekła nam je Zosia, córka mojej koleżanki ze studiów. Przyjechały do nas w zeszłą sobotę, rano przed wyjazdem wszystko było ok a po wyjściu z samochodu i przekroczeniu progu mojego rodzinnego domu - pstryk! Zosi lecą gile, ma temperaturę i jest nieswoja... U nas zaczęło się w poniedziałek - Julka obudziła się z południowej drzemki z temperaturą, mnie zaczęło boleć gardło, potem było już tylko gorzej. Apogeum nastąpiło w środę - Jula się obudziła z temperaturą 39.6 stopni. Po śniadaniu dostała Nurofen i zasnęła, w ogóle praktycznie cały czas spała albo patrzyła w sufit takim zamulonym wzrokiem. O 15 mierzę znowu temperaturę (już po kolejnej dawce Nurofenu i po czopku Eferalganu) a tam na termometrze 39.8 :O W tym momencie poleciałam do łazienki i napuściłam do wanny chłodnej wody i zawlekłam Julkę do kąpieli. Niezbyt jej się to podobało ale wytrzymała ok 10 minut. Zaraz po takim zbijaniu temperatury gorączka spadła o 10 kresek a dupsko jej troszkę odżyło tzn. nie leżała plackiem ale usiadła i zaczęła malować kredkami. Wieczorem temperatura jeszcze spadła do 37.8 i wydawało się, że już już jest dobrze, już zdrowieje i niedługo na spacer pójdziemy ale dzisiaj znowu obudziła się z gorączką ponad 38 stopni, gile z nosa lecą po sam pas. Ja dostałam antybiotyk, dzisiaj się już czuję naprawdę dobrze ale dostaję kociokwiku od tego siedzenia w domu. Jak jutro nie wyjdę z domu choć na chwilę to nie ręczę za siebie, od wtorku siedzimy na tyłkach i wycieramy nosy, kaszlemy, podajemy syropy a potem znowu wycieramy nosy, kaszlemy, podajemy syropy... no ileż można??
a może babcia się nad nami zlituje i posiedzi z wnuczką w domu a ja skoczę na jakiś mały shopping do sąsiedniego miasta? co by nie zwariować...

wtorek, 17 listopada 2009

podróż do PL

dotarłyśmy wreszcie do domu w Polsce
Julcia ma właśnie popołudniową drzemkę a ja chwilę dla siebie

Podróż samolotem byłaby za spokojna, dziecko miałam grzeczne jak 100 aniołów razem wziętych więc zemściły się na nas warunki pogodowe i zamiast w Łodzi wylądowaliśmy w Warszawie. Płakać mi się chciało jak zobaczyłam to lotnisko, bo wiedziałam, że Jula jest już strasznie głodna a teraz jeszcze czeka nas jazda autokarem do Łodzi, nie wiadomo kiedy nam go podstawią i ile będzie trwała sama jazda - skoro jest taka mgła to możemy nawet jechać 3 i pół godziny :/ Przy odbiorze bagaży okazało się, że mamy walizka zginęła... nie tylko jej, czekało w sumie jakieś 10 osób - komedia co? chłopak z obsługi lotniska gdzieś zadzwonił i powiedział, że to już wszystkie bagaże, że już nic nie ma. Ludzie wkurzeni jak mało co, na szczęście zaginione walizki i torby szybko się jednak znalazły. Pobiegłyśmy szybko do autokaru, wpakowałam torby do bagażnika nie wyjmując z nich wziętych na wszelki wypadek obiadków w słoiczku i czekam aż ruszymy. Moja mama jednak gdzieś przepadła - okazało się, że poszła szybko do restauracji poprosić o plastikową łyżeczkę żeby Jula mogła coś zjeść - nic z tego jednak, bo torba była już dawno schowana :/ Julcia dostała więc mleczną bułeczkę, którą ledwie nadgryzła i po 5 minutach zasnęła ze zmęczenia. Spała półtorej godziny na moich kolanach, obudziła się głodna jak stado wilków, zjadła 2 bułeczki - co jeszcze nigdy jej się nie zdarzyło! zazwyczaj zjada co najwyżej pół jednej i z zadowoleniem obserwowała otulone ciemnością widoki za oknem co jakiś czas rozświetlane latarnią lub witrynami sklepów. W Łodzi byliśmy po 22. Po chwili przyjechał po nas mój brat, przywiózł dla Julki bułeczkę z serem i wędliną i pojechaliśmy do domciu. Spałyśmy do 10:30! Potem spacer i kupione obiecane kredki, malowanki i książeczki dla najgrzeczniejszego dziecka na Ziemii :)Mam nadzieję, że powrót będzie jednak normalny i równie "grzeczny" jak przylot.

poniedziałek, 2 listopada 2009

urodziny mam

Wprawdzie późno już ale nadal jest 2. listopada a to oznacza, że mam urodziny :)

Z tej jakże pięknej okazji życzę sama sobie
Wszystkiego Najlepszego!!!


A Was na kawę i ciacho zapraszam!








A jak ktoś ma chęć na więcej to też dostanie ;)



A ja muzę włączam, kieliszki rozstawiam, robię się na bóstwo i czekam na imprezowiczów :)

piątek, 30 października 2009

powoli się rozkręca...

... i mamy nadzieję, że rozkręci się na dobre, a raczej rozgada, bo nasza córka wreszcie raczyła NIECO rozszerzyć swoje słownictwo. z nowości słyszymy: - moja mama - córcia - para (kiedy widzi unoszącą się parę nad garnkiem na piecu) - jajo ;) - tu / tam (takie proste a wcześniej wolała pokazać niż powiedzieć) - cyc ;) - dwa (ile masz lat? -dwa) - i absolutny hit: PALMA - w dzień kiedy to powtórzyła chodziła po domu z liśćmi palmy od klocków duplo w ręce i jak nakręcona powtarzała "palma, palma, palma..." - jak ją wyganiamy od telewizora to schodząc z szafki mówi "sio ja" :D Nadal jednak jest to niewielki zasób słów, z tym, że my mówiąc do niej słowo po polsku powtarzamy to też po angielsku, żeby ją oswajać z językiem. Może zabawy z dziećmi podczas stay'n'play group też jej pomogą w jakimś stopniu rozwinąć jezyk? narazie "dogaduje się" na migi, najczęściej kiwając głową na "tak" lub "nie" ;)