środa, 30 stycznia 2013

tonę.

...we własych myślach, w poczuciu bezużytności, w smutku, w niemocy...

Miało być lepiej a nie jest, jasne - raz na wozie, raz pod ale..."pod" przez większość czasu działa depresyjnie...

Nie jest dobrze, nie jest.

piątek, 29 czerwca 2012

tekst dnia.

Stoję w pracy obok dwóch koleżanek, obie o hebanowym odcieniu cery ;) Dla lepszego zobrazowania koloru ich cery jedna z tych dziewczyn dorobiła się ksywy "Skwara"... Druga jest odrobinę jaśniejsza ale leci jutro na prawie 2tyg do Włoch więc im się kolor skóry wyrówna ;) Ta którą czeka urlop mówi: - a ją jutro wyjeżdżam i jak wrócę to będę wyglądała jak Aikon (jeśli dobrze kojarzę to to jakiś czarnoskóry Na co "Skwara" odpowiada jej poważnym tonem: - ty weź nie pier...ol bo ją już taka blada byłam, że musiałam się wysmarować samoopalaczem... OMG! Jak słowo daję ją przy nich wyglądam jak żywy trup :) - ale ją kocham swoją bladość i dbam o nią jak mogę :D

poniedziałek, 21 maja 2012

bo tak.

Nie było mnie tu prawie pół roku... co się dzieje? pracuję, próbuję wyrobić się ze wszystkim na czas co nadal średnio się udaje. Nie ogarnęłam się do tej pory a pracuję już rok! tak, dzisiaj mija rok, odkąd zaczęłam znowu pracować. Rok zmian, zmian wokół mnie, zmian we mnie. Pójście do pracy i trafienie akurat na tych ludzi a nie innych było chyba jedną z lepszych rzeczy jakie mi się przytrafiły. Nie to, żeby zaraz wszyscy byli idealni i w ogóle "do rany przyłóż", bo za dobrze by było, nie? ;) ale generalnie lubię ludzi, lubię to, co robię, lubię tu przychodzić i oderwać się od szarej rzeczywistości. Jak zdołowana czy zła nie przyszłabym do pracy, to zawsze, ale to zawsze po kilku godzinach zaczynam się śmiać, czasami aż do łez, bo mając taką ekipę nie da się ciągle smucić. Nie wyobrażam sobie teraz nie pracować, podobnie jak nie wyobrażam sobie zajść w kolejną ciążę i znów czekać na dziecko. Nie, nie i jeszcze raz nie. Nie chcę nawet o tym myśleć. Nie zrozumncie mnie źle, nie mam nic przeciwko matkom poświęcającym się na rzecz rodziny, wręcz przeciwnie - uważam że one wykonują od mnie 100x cięższą pracę, bo może i ja się naganiam po Uniparcie, ale one słuchają wrzasków, płaczu i żądań przez cały boży dzień i mnie by takie życie dobiło. Żeby nie było tak wesoło i tak dobrze, jak Wam się wydaje to... moje życie uczuciowe jakby dogasa. Jesteśmy razem ale obok siebie. Nie potrafię rozmawiać o tym co mnie boli, zresztą to widać na blogu - jak mam zmartwienia to się ulatniam nawet z tej strefy. Nie wiem co się ze mną dzieje, nie wiem jak to wytłumaczyć... nie potrafię rozmawiać, zamykam się szczelnie w swojej skorupie i NIKT nie ma tak wejścia, nikt... powinnam dać upust emocjom a jakoś ... nie chce mi się... nie chcę rozmaiwać, nie chcę krzyczeć... czasem zapłaczę a rano zrobię perfekcyjny makijaż, pójdę do pracy i na kilka godzin zapomnę. I tak nam się życie toczy od jakiś 2 lat... czasem jest gorzej, czasem lepiej, najczęściej jednak neutralnie, nijak... gdzieś po drodze straciliśmy siebie i tylko ten spędzony ze sobą czas i dziecko trzyma nas przy sobie. Jak długo jeszcze?

piątek, 30 grudnia 2011

się dzieje...

Kończy nam się ten rok a ja od dobrych kilku tygodni nie miałam czasu napisać blogowej notki. Dlaczego? ano, w pracy zeszłam z linii i jestem teraz Offline Support - czyli przynieś, wynieś, no zamiatać nie muszę ale na własną prośbę mam więcej bieganiny, co po poł roku 8-godzinnego siedzenia i patrzenia to w telefon to w ekran komputera jest bardzo miłą odmianą :) Teraz mam swoje miejsce przy biurku :) yay! :D którego niestety nie zagrzewam na zbyt długo :P, bo ktoś chce telefon, ktoś ma telefon na złym statusie, ktoś jeszcze coś tam, tudzież trzeba pogonić pikerów, bo technik za długo czeka na części, dodatkowo codziennie dostajemy listę z telefonami, które już teraz natychmiast mają zostać naprawione i wysłane spowrotem do klienta a których w większości nie możemy znaleźć, ot cały urok być Offlinem ;) a to, że dzisiaj siedzę i piszę tę notkę to normalne cud jakiś, bo generalnie nigdy na nic nie mam czasu. Ale! kurczę, cieszę się, że to robię, że jestem w ruchu, że cały czas mam zajęte ręce i umysł. Jasne wracam czasem bardzo zmęczona i jedyne o czym marzę to prysznic i ciepłe łóżko ale nie chciałabym wrócić na linię i naprawiać mimo, iż 2 miesiące temu cieszyłam się, że będę to robić.

Co tam jeszcze? Dorobiłam się auta :D i dojazd do pracy zajmuje mi już tylko 10-15 min :D wczesniej tłukłam się dwoma autobusami zastanawiając się czy zdążę na czas. Sławek na urodziny wykupił mi 4 godziny jazd doszkalających a zaraz potem kupiłam auto i voila! "jestem dobrą kierownicą" jak to mówi Julia :)))

Na koniec małe podsumowanie - niewątpliwie był to rok wielkich zmian dla mnie i we mnie. Od kompletego przygnębienia, depresji, niewiary we własne możliwości po osobę, która wie, że potrafi, że jest dobra w tym co robi, że jej się uda. Od kompletnego marazmu do euforii. I tego życzę każdej matce wychowującej dzieci i zajmującej się domem - by mogła wyrwać się do pracy, do dorosłych osób i odmienić swój stan ducha tak jak i mnie się odmieniło. Nie wyobrażam sobie teraz nie pracować, nie dostawać co tydzień wypłaty, nie widzieć tych wszystkich ludzi, no nie wyobrażam sobie...

Szczęśliwości w Nowym Roku Wam życzę! i samych radosnych dni!

środa, 2 listopada 2011

znów o rok starsza...

... czyli urodziny dzisiaj mam :)

dużo się zmieniło przez ten rok, dużo ja się zmieniłam. Chodzę bardziej usmiechnięta i pewna siebie, pracuję i mam wreszcie kontakt z ludźmi - dorosłymi! ;) najwyższy czas, nie? w końcu kończę 28 lat ;)

w takim razie Happy Birthday Me i dla każdego po ciastku :)

po powrocie.

Pisałam tego posta wczoraj w pracy. Dwa razy. I za każdym razem, kiedy chciałam go już opublikować okazywało się, że dziwnym trafem wywaliło mnie z internetu... Trzeci raz już nie próbowałam, bo ja za nerwowy człowiek jestem ;) a klienta telefonu lepiej nie zepsuć.

Co u nas? ano, jakos leci. Wróciłysmy w czwartek późnym wieczorem, no prawie w nocy. Następnego dnia już poszłam do pracy, trochę jeszcze zmęczona, trochę niewyspana ale cóż - słuzba nie drużba ;) Julia już prawie, prawie zdrowa, czyli prawie nie kaszle. Ja też już lepiej, znaczy się płuc mi nie wyrywa ;) aczkolwiek kicham jak wsciekła :/ ale i to w końcu przejdzie.
W piątek okazało się, że agencja nie wypłaciła mi pieniędzy za urlop... grrr. Poszłam się pytać co to ma być do jasnej cholery i się dowiaduję, że nie wypełniłam papierów urlopowych... Że co??? przecież wystarczy 'zaklepać' urlop w systemie? nie, nie wystarczy, oni chcą mieć to na papierze... to czemu nikt mnie nie szukał jak nie byłam w pracy 4 dni? hmm? jakos jak się nie przyjdzie i ich nie powiadomi to wiedzą jaki numer wybrać a jak się ma urlop to co? skąd wiedzą, że ma mnie nie być? telepatycznie? ech... no nic, wzięłam papiery, poleciałam wypelnić, dostałam podpis od ATL i w niecałe 15 minut byłam spowrotem w agencji. Niech mi tylko nie wypłaca za 2 dni należytej sumy to mnie chyba cos trafi :[

W pracy zmiany - wchodzi nowa sieć, mamy naprawiać telefony HTC a póki co jest jeden wielki, ekhm przepraszam za wyrażenie, burdel... nie mamy ani team lidera, ani jego asystenta. Nasza popołudniowa zmiana dopiero jest trenowana do naprawy telefonów (poranna jakos miała trening ze 3-4 tyg temu). Telefonów z nowej sieci jest w ... i trochę a nie ma kto tego zrobić... ot, cała organizacja szanownej firmy ;)

Na mojej głowie też zmiany :D ale pozytywne. Z długich do połowy pleców włosów mam krótką i asymetryczną fryzurę :) pojechałam zrobić trwałą a wyszłam z o 2/3 krótszymi włosami :) Oczywiscie nie obyło się bez "kłótni" z moją fryzjerką - jak usłyszała co ja chcę to załamała ręce i próbowała mnie przekonać, że to najgorszy pomysł na jaki mogłam wpasć. I tak się z dobre 10 minut przekonywałysmy do swoich racji. Ja jej, że trwała to swietny pomysł, że będę dobrze wyglądać, ze przecież kiedys miałami było ok, że szybko ułożę i będę mogła biec do pracy, że ja NAPRAWDĘ chcę i że w ogóle och i ach i masz zrobić. A ona, że o nie nie nie, będę źle wyglądać, zniszczę piękne włosy, że ona się pod tą trwałą nie podpisze, że będę wyglądać jak stara baba i trwała doda mi 10 lat (o, i tym mnie chyba najbardziej przekonała to be honest :P), że trwała nawet najlepsza nigdy nie będzie imitować skrętu naturalnego loka i że absolutnie ona mi tego nie zrobi tylko ładnie obetnie włosy. Jak widać fryzjerka wygrała, dałam się obciąć i nie żałuję :) Jak tylko będę miała jakies zdjęcię to nie omieszkam się nie pochwalić ;)

poniedziałek, 24 października 2011

welcome home.

Można to już uznać za swego rodzaju tradycję - jak jesteśmy w Polsce, to Julia jest chora :/ ech... co za życie. Owszem, przyjechała z kaszlem, ale w angielskich przedszkolach połowa dzieci kaszle (druga połowa chodzi z gilem po pas) ale nic jej oprócz tego nie było. Aż do dzisiejszego ranka - obudziła się z temperaturą 38.3C, tak więc siedzi w domu i ogląda bajki... A taką miałam nadzieję, że skoro przyjeżdżamy tak naprawdę na te 4 czy 5 dni to nic się nie zdąży wykluć. Życie to jednak lubi być wredne... Mam nadzieję, że jej szybko przejdzie, bo ja w czwartek wracam do pracy.

poniedziałek, 17 października 2011

jutro.

Jutro wstanę jeszcze wcześniej.
Jutro lepiej się zorganizuję.
Jutro wyprasuję narastającą górę ubrań.
Jutro już napewno ze wszystkim zdążę przed wyjściem do pracy.

Tylko, że jakoś zawsze jest dzisiaj.

czwartek, 6 października 2011

łzawię wciąż

Od niemalże już trzech tygodni łzawią mi oczy. Lewe jakby bardziej.... Idzie oszaleć. W pracy spędzam 8 godzin przy komputrze, jarzeniówce i w klimatyzowanym pomieszczeniu - podejrzewam, że to ma teraz największy wpływ na to jak się teraz czuję :/ Najpierw sięgnęłam po krople do oczu z antybiotykiem - pomogło na 2-3 dni, potem w aptece po konsultacji z farmaceutką dostałam krople przeciwalergiczne. Znów było w miarę dobrze przez jakieś 3 dni. Powoli mam już serdecznie dość chodzenia wszędzie z chusteczką higieniczną i wycierania 'płaczących' i tłumaczenia w pracy, że wszystko ok i że nie jestem zmęczona ;)

Na sobotę zapisałam się do okulisty. Zobaczymy co mi powie.

Pozdrawiam ze łzami w oczach :)

wtorek, 4 października 2011

podumowanie wrzesnia

To już dzisiaj czwarty dzień października a ja dopiero podsumowuję wrzesnień ale cóż - nadal żyję w niedoczasie więc proszę o wyrozumiałosć ;)

Bezspornie na miano najważniejszego wydarzenia zasługują 4. urodziny Naszego Dzióbka :D byli goscie, był tort z kwiatkami i sporo zabawy. Tort wielki, bo i gosci miało być więcej ale jak to bywa w życiu - częsć z nich nas wystawiła do wiatru. To znaczy bardziej Jubilatkę niż nas... Nieważne.

Z tortem sobie jakos poradzilismy :P

4 letnia Julia w przygotowaniu do zdmuchnięcia swieczki:

Duuużo zabawy z dwiema o rok od niej młodszymi koleżankami:


No i na koniec była już tak zmęczona tym wszystkim, że padła tam gdzie akurat siedziała, czyli na podłodze :)

Pod tym względem akurat nic się nie zmieniło, zasypia gdziekolwiek ;)

Na początku wrzesnia Julia wróciła wreszcie do przedszkola, wpadła do swojej grupy po 6 tygodniowej, wakacyjnej przerwie i zapomniała, że wypadałoby się z matką pożegnać ;) Jest w swoim żywiole, chętnie chodzi to tej dziecięcej przechowalni, coraz więcej mówi po angielsku, do tego płynnie przechodzi z języka polskiego na angielski kiedy np. ja do niej mówię po polsku a kolejne pytanie zadam po angielsku zmiana języka mówionego nie stanowi już dla niej problemu. Dużą rolę w tej nauce odgrywają jej brytyjscy opiekunowie- wiadomo, że po polsku do niej nie powiedzą, więc pozostało jej nauczyć się ichniego języka :)
Do tego urosło się panience jakos tuż przed urodzinami i większosc jaj garderoby trzeba było wymienić. Zupełnie jakby na 4 urodziny postanowiła wyciągnąć się trochę w górę ;)

A ja? a ja sobie dalej pracuję. Podpisywalismy ostatnio jakies kontrakty z agencją - czyli mogę być spokojna o pracę ale pozostaną te same crappy wages każdego tygodnia. Ale i tak się cieszę - mi zależy przede wszystkim na ciągłosci pracy niż na wyrównaniu wypłaty do osób będących zatrudnionych tam na stałe.

Drugi blog leży trochę odłogiem ale cóż, nie na wszystko mam czas. Chociaż może cos się ruszy - od tygonia znowu ćwiczę :D tak, tak! :D wstaję po 7 rano i włączxam mój ulubiony i przynoszący szybkie rezultaty 30 day Shred :) i dobrze się czuję, i nie zasypiam w pracy na biurku i paradoksalnie mam więcej energii niż jak spałam o półtorej godziny dłużej :] przez pierwsze 3-4 dni ćwiczeń miała problemu z odłożeniem telefonów do pudełka units out ale już jest dobrze, nie jęczę przy każdym podniesieniu ręki ;)
Poza ty kupiłam sobie taką oto kieckę na jesień stąd więc muszę jakos do niej wyglądać, nieprawdaż? ;)

A kupiłabym jeszcze cos ale niestety ceny mają zaporowe :/ czesć tych ubrań wcale nie jest warta swojej ceny i zazwyczaj czekam na obniżki ale w tym przypadku akurat nie mogłam się pohamować ;) Sukienkę od wczoraj mam w domu :D teraz tylko czekam na chłodniejsze dni i na weekend, bo do pracy się w nią niestety nie wystroję ;)