dotarłyśmy wreszcie do domu w Polsce
Julcia ma właśnie popołudniową drzemkę a ja chwilę dla siebie
Podróż samolotem byłaby za spokojna, dziecko miałam grzeczne jak 100 aniołów razem wziętych więc zemściły się na nas warunki pogodowe i zamiast w Łodzi wylądowaliśmy w Warszawie. Płakać mi się chciało jak zobaczyłam to lotnisko, bo wiedziałam, że Jula jest już strasznie głodna a teraz jeszcze czeka nas jazda autokarem do Łodzi, nie wiadomo kiedy nam go podstawią i ile będzie trwała sama jazda - skoro jest taka mgła to możemy nawet jechać 3 i pół godziny :/ Przy odbiorze bagaży okazało się, że mamy walizka zginęła... nie tylko jej, czekało w sumie jakieś 10 osób - komedia co? chłopak z obsługi lotniska gdzieś zadzwonił i powiedział, że to już wszystkie bagaże, że już nic nie ma. Ludzie wkurzeni jak mało co, na szczęście zaginione walizki i torby szybko się jednak znalazły. Pobiegłyśmy szybko do autokaru, wpakowałam torby do bagażnika nie wyjmując z nich wziętych na wszelki wypadek obiadków w słoiczku i czekam aż ruszymy. Moja mama jednak gdzieś przepadła - okazało się, że poszła szybko do restauracji poprosić o plastikową łyżeczkę żeby Jula mogła coś zjeść - nic z tego jednak, bo torba była już dawno schowana :/ Julcia dostała więc mleczną bułeczkę, którą ledwie nadgryzła i po 5 minutach zasnęła ze zmęczenia. Spała półtorej godziny na moich kolanach, obudziła się głodna jak stado wilków, zjadła 2 bułeczki - co jeszcze nigdy jej się nie zdarzyło! zazwyczaj zjada co najwyżej pół jednej i z zadowoleniem obserwowała otulone ciemnością widoki za oknem co jakiś czas rozświetlane latarnią lub witrynami sklepów. W Łodzi byliśmy po 22. Po chwili przyjechał po nas mój brat, przywiózł dla Julki bułeczkę z serem i wędliną i pojechaliśmy do domciu. Spałyśmy do 10:30! Potem spacer i kupione obiecane kredki, malowanki i książeczki dla najgrzeczniejszego dziecka na Ziemii :)Mam nadzieję, że powrót będzie jednak normalny i równie "grzeczny" jak przylot.
We all fall to the floor at some point. It's how you pick yourself up. That's the real challenge. Isn't it?
wtorek, 17 listopada 2009
poniedziałek, 2 listopada 2009
urodziny mam
Wprawdzie późno już ale nadal jest 2. listopada a to oznacza, że mam urodziny :)
Z tej jakże pięknej okazji życzę sama sobie
Wszystkiego Najlepszego!!!
A Was na kawę i ciacho zapraszam!

A jak ktoś ma chęć na więcej to też dostanie ;)
A ja muzę włączam, kieliszki rozstawiam, robię się na bóstwo i czekam na imprezowiczów :)
Z tej jakże pięknej okazji życzę sama sobie
Wszystkiego Najlepszego!!!
A Was na kawę i ciacho zapraszam!

A jak ktoś ma chęć na więcej to też dostanie ;)
A ja muzę włączam, kieliszki rozstawiam, robię się na bóstwo i czekam na imprezowiczów :)
piątek, 30 października 2009
powoli się rozkręca...
... i mamy nadzieję, że rozkręci się na dobre, a raczej rozgada, bo nasza córka wreszcie raczyła NIECO rozszerzyć swoje słownictwo.
z nowości słyszymy:
- moja mama
- córcia
- para (kiedy widzi unoszącą się parę nad garnkiem na piecu)
- jajo ;)
- tu / tam (takie proste a wcześniej wolała pokazać niż powiedzieć)
- cyc ;)
- dwa (ile masz lat? -dwa)
- i absolutny hit: PALMA - w dzień kiedy to powtórzyła chodziła po domu z liśćmi palmy od klocków duplo w ręce i jak nakręcona powtarzała "palma, palma, palma..."
- jak ją wyganiamy od telewizora to schodząc z szafki mówi "sio ja" :D
Nadal jednak jest to niewielki zasób słów, z tym, że my mówiąc do niej słowo po polsku powtarzamy to też po angielsku, żeby ją oswajać z językiem. Może zabawy z dziećmi podczas stay'n'play group też jej pomogą w jakimś stopniu rozwinąć jezyk? narazie "dogaduje się" na migi, najczęściej kiwając głową na "tak" lub "nie" ;)
dobry nabiustnik zmienia świat na lepsze!
Mam! mam nowy stanik!
piękna, fioletowa, Cleo Brooke
nie miałam zamiaru kupować nowego nabytku, a napewno nie w sklepie za pełną cenę (od czego jest przecież ebay ;) ale jak ją zobaczyłam tydzień temu w sklepie Bravissimo przy okazji ostanikowywania znajomej i jej nastoletniej córki, to się po prostu za - ko - cha - łam. A zbliżające się urodziny są dobrym powodem do nowego bieliźnianego zakupu :)
Po przyjeździe do domu pierwszą czynnością było założenie nowego stanika, a jakże :D i "o rany, o rany jaki on jest cudowny"! piersi z przodu, dobrze uniesione i podtrzymane. Zupełnie jak po pierwszej wizycie w owym sklepie w marcu tego roku. Wtedy zaczynałam od rozmiaru 34F, w miarę utraty wagi zrobiło się 32FF, potem 32F (Freya Antoinette) w którym byłam dzisiaj w sklepie i dzisiaj jest 30FF. Ciekawe na jakim rozmiarze skończę kiedy wreszcie będę ważyć 58kg. Mam nadzieję tylko, że nadal będę mogła kupić coś dla siebie w Bravissimo ;)
czwartek, 15 października 2009
Dzień Dziecka Utraconego
piątek, 9 października 2009
when silence isn't golden...
Byliśmy ostatnio na bilansie dwulatka i jedynym "problemem" naszego dziecka jest brak jej gadania. Health Visitor dała nam (a właściwie Julce) 3 miesiące żeby poprawiło się jej słownictwo, jak się nie poprawi dostaniemy skierowanie do speech therapist. Martwię się, bo dzicko w jej wieku powinno mówić dużo więcej, powinna składać już dwa wyrazy razem a ona milczy - to znaczy gada coś po swojemu, jak się od niej wymusić to powie co nieco - ale nie o to chodzi, ona powinna sama z siebie mówić co chce a nie jęczeć i czekać aż się matka domyślić czy jej coś trzeba dać, czy chce coś do picia itd. Tłumaczymy sobie to jej milczenie tym, że słucha dwóch języków naraz i ta dwujęzyczność ją przerasta - ale czy to prawda...?
czwartek, 3 września 2009
przedwyjazdowa gorączka
jutro w nocy wyjazd a ja nie wiem w co ręce wsadzić...
część prasowania odwalona ale zostało jeszcze to co się suszy, pewnie trza będzie dosuszać żelazkiem :/ Sławek jutro rano idzie do pracy (zmienił zmianę żeby wcześniej jechać) więc ja sama będę z Julą aż do 15, w tym czasie muszę spakować torby, nasmażyć górę naleśników na wyjazd, zrobić ciasto (też na wyjazd), kanapki, coś dla Małej, ogarnąć siebie i wszystko co się da... kiepsko to widzę... do tego trzeba jeszcze załatwić bank i wymienić parę funtów na euro, dzisiaj bidulek zapomniał... a przecież po pracy musi się wyspać (a raczej przespać) przed tak długą podróżą.
u nas oczywiście iście brytyjska pogoda :/ aż się żyć odechciewa. Zaklinam wszystko żeby jutro około północy deszcz nie padał, bo wtedy wyjeżdżamy a lepiej żeby drogi były suche...
A pada od wczoraj, co chwilę, nawet nie ma jak z dzieckiem wyjść na dwór a tym bardziej na plac zabaw. Dzisiaj miałyśmy iść do sklepu i po przekroczeniu progu domu okazało się, że znowu zaczyna padać więc Sławek nas podwiózł. Zrobiłam zakupy z Julą w koszyku, wychodzę, świeci słońce więc mówię "Ty jedź, ja się z nią przejdę skoro cały dzień w domu siedziała." Uszłyśmy kilka metrów i wracałyśmy spowrotem do samochodu :/ ech...
A że dzisiaj miałam swoje Weight Watchersowe spotkanie to wzięłam Julkę ze sobą, nie zostawałam na spotkaniu, bo nie mam dziś na to czasu więc stwierdziłam, że niech idzie ze mną, zawsze to jakiś "spacer" dla niej. Oczywiście jak wyszłyśmy znowu padało - ale tylko chwilę - za to jak wracałyśmy po 15min to już była istna ulewa. Ja miałam portki mokre, Julka buty i rajty :[ wrrr
Statystyki na dziś:
stracone cielsko do tej pory: 27lbs czyli 12.24kg :) nie jest źle ale mogłoby być lepiej. Brakowało mi tylko jednego, jedynego funta do otrzymania czwartej srebrnej siódemki. No nic, może dostanę ją po powrocie ;)
czwartek, 27 sierpnia 2009
niedługo wyjazd
dziś zabukowaliśmy wreszcie bilety na prom :)
wyjazd w nocy z 4 na 5 września, przed nami około 24-25 godzin podróży :/ mam nadzieję, że jakoś damy radę i Julka spisze się dzielnie i nie będę miała ochoty zakleić jej dzioba taśmą w połowie drogi. Wyjeżdżamy przed północą, jedziemy po drodze po mojego kuzyna, który mieszka 30 min przed Dover a potem do Dover i promem do Calais. Cieszę się i trochę boję.
W zeszłym roku codziennie niemalże słyszałam tekst " rany, ale przytyłaś" :( nie były to ani miłe ani przyjemne. Jedynie prawdziwe :( w tym roku jestem trochę szczuplejsza ale nadal nie szczupła... skończyłam swój 30 day Shred a na wadze ubyło, uwaga, zaledwie 1kg :[ po uciekających centymetrach jedynie widać, że jest mnie mniej, po wadze niestety nie :/ miałam nadzieję, że przed wyjazdem uda mi się zdobyć czwartą srebrą "7" ale nic z tego... Jutro przedostatnie spotkanie w klubie i zobaczymy co powie moja liderka. Ostatnio aż sama się zastanowiła co jest nie tak, że ta waga stoi w miejscu i kazała mi przynieść spis wszystkiego co jem i poradziła żeby część punktów z aktywności "zjadać" nie oszczędzać wszystkiego, bo nadmierne oszczędzanie punktów jest tak samo zgubne jak "zjadanie" ich w nadmiarze... no zobaczymy co jutro pokaże ich waga...
środa, 26 sierpnia 2009
Kubuś Puchatek i odkurzanie...
Od kilku tygodni, dwóch alo trzech, dziecię moje "maltretuje" mnie bajkami z Kubusiem Puchatkiem... ledwo wstanie, jeszcze oczu dobrze nie otworzy, idzie niemalże zataczając się i spośród 40 płyt DVD z bajkami wybiera tylko te, gdzie jest Kubuś Puchatek bądź któreś z tejże rodziny... jedna się skończy, od razu przynosi następną... zwariować można :/ nawet tego nie ogląda, tylko początek ją ciekawi, bo śpiewają piosenki a potem juz się zajmuje czym innym... nie muszę pisać, że potem i ja i Sławek chodzimy cały dzień i nucimy pod nosem którąś z Kubusiowych piosenek np."brzuszek burczy, bo się kurczy..."
Robię jej odwyk od tych bajek, bo ileż można? właczam jedną i do widzenia, Kubuś idzie spać, bo już jest zmęczony ;)
Julka zakochała się w odkurzaczu :| po piętnaście razy dziennie każe MI odkurzać... podchodzi, bierze mnie za rękę i prowadzi do schowka, pieszczotliwie nazywanym przez nas "pierdolnikiem" i pokazuje, że mam poodkurzać mieszkanie. Jak wyciągnę toto ustrojstwo to podchodzi i daje mu buzi (!) Odkurzam co drugi dzień, zdarza się, że codziennie a dama siedzi na kanapie/fotelu i patrzy z zadowoleniem :) Kupiłam jej więc na amazonie taki dziecięcy odkurzacz i do tego był taki wózek ze szczotką, mopem, miseczką, ściereczką etc. w komplecie i o ile szczotki się podobają to mały odkurzacz jej nie zachwycił... jak go włączyłam to uciekła do siebie do pokoju i schowała się pod kołdrę... ech, no nic, po prostu będziemy mieć super czysto w mieszkaniu przy tym moim odkurzaniu :)
czwartek, 6 sierpnia 2009
30 day Shred...
Dawno mnie tu nie było ;)
ten blog stał się w większości miejscem gdzie wylewam swoje żale i radości związane ze spadkiem (lub wzrostem wrrr) mojej wagi...
po raz kolejny Joy zainspirowała mnie swoją notką w blogu. eMule ściągnął mi ćwiczenia Jillian Michaels 30 day Shred. Byłam i jestem bardzo zdeterminowana by ukończyć je w zalecanym przez trenerkę okresie 30 dni.
Przejrzałam masę amerykańskich/angielskich for na ich temat i trochę mi się wierzyć nie chciało w to co Ci ludzie pisali - dają w dupę? 20 min tylko i tak narzekają? nieeee.... to nie może być prawda :] ale przecież ja robiłam tyle przysiadów i żyję, ćwiczę pilates więc będzie dobrze :D napewno nie jest tak ciężko, jak ci wszyscy ludzie piszą :D
dokładnie 2 tygodnie temu uzyskałam wreszcie 10% spadek początkowej wagi :) dostałam na pamiątkę breloczek od WW (zdjęcie można podziwiać na naszej picasie) i oklaski od całej grupy - nie powiem, bardzo miło mi się zrobiło. Na tym spotkaniu wypisywaliśmy na karteczkach nasze postanowienia odnośnie spadku wagi. Niektórzy pisali, że będą notować i punktować WSZYSTKO co zjedli, bez oszukiwania ;) inni, że będą się wiecej ruszać, a ja napisałam "Będę ćwiczyć codziennie" :) i słowa dotrzymuję od 2 tygodni, bo jadę programem Jillian Michaels ;) Zaczęłam dokładnie 24 lipca, w piątek. Jak tylko Julka położyła się spać na popołudniową drzemkę, ja właczyłam dvd i .... ledwo wytrzymałam rozgrzewkę :O bez kitu, ale teraz już rozumiem tych wszystkich internautów co pisali "Jillian really kicked my ass" :O "I was sweating like a pig" o taaak, teraz już ich rozumiem...
pierwszego dnia ćwiczeń jakoś w połowie zrobiło mi się niedobrze i już chciałam wyłączyć i dać spokój ale nie mogłam znaleźć pilota... potem zobaczyłam, że to już ostatni obwód więc skoro tyle mineło to i to wytrzymam. Dałam radę :) na drugi dzień lewdo z łóżka się zwlekłam ale też ćwiczyłam :) było łatwiej niż pierwszego dnia - ciągle nie łatwo, ale łatwiej. Siódmego dnia marzyłam, żeby już przejść na następny poziom, bo ten już staje się nudny, ramiona mnie już nie bolały, pajacyki ćwiczyłam bez żadnej przerwy a brzuszki to był dla mnie swoisty odpoczynek :)
W tym tygodniu w poniedziałek zaczęłam właśnie 2 poziom i znowu czuję, że żyję ;) Jestem cała spocona po 20 minutowej sesji, kropelki potu mam nawet między brwiami! Niektóre ćwiczenia wykonuję w zmodyfikowanej wersji dla początkujących, bo nie chcę zbyt nadwyrężać stawów. I tak, po pierwszym dniu 2 poziomu bolało mnie kolano :( i to bolało tak nie na żarty, 3 dnia myślałam żeby odpuścić jeden dzień ale ostatecznie wzięłam tabletki przeciwbólowe i ćwiczyłam dalej, dzisiaj już jest ok. Po ćwiczeniach zjadłam śniadanie - była 15:30 a że dzisiaj ważenie to cały dzień żyję na wodzie i małym śniadanio - lunchu ;) :D
Tydzień temu waga nawet nie drgnęła ale w sumie spodziewałam się tego, bo to samo pisali ludzie ćwiczący 30 day Shred. Za to po tygodniu tych ćwiczeń z pasa ubyło mi 2 cm, po 2 tygodniach kolejny centymetr więc jestem dobrej myśli.
Iiiii...
* zmieściłam się w letnią kieckę, którą nosiłam przed ciążą z Julką :D :D :D szkoda tylko, że u nasznowu typowa brytyjska pogoda tzn. leje deszcz :/
* tyłek mi się mieści w spodnie w rozmiarze UK12 :D niedawno się mieścił, ale nie szło zapiać guzika a dziś zapinam :D spodnie jednak jeszcze leżakują w szafie, bo nie wyglądam w nich korzystnie - może za kolejne 10kg w dół będę je nosić ;)
* znowu mogę nosić pierścionek zaręczynowy :D hurrra! zdjęłam go w którymś momencie będąc w ciązy jak mi puchły już palce i do tej pory nie nosiłam. Wczoraj robiłam porządek w moich świecidełkach, przymierzyłam i WOW, znowu pasuje :))) aż się z nim jakoś dziwnie czuję, odzwyczaiłam się od ozdób na palcach
I to tyle przechwałek na dzisiaj :P
:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

